Zalana ściana ze słomy. W roli głównej: gliniany tynk

Pewnego dnia, gdy wróciliśmy na budowę, naszym oczom ukazała się zalana ściana ze słomy jednego z pomieszczeń. Jak duża to tragedia dla naturalnego domu?

Wpierw zauważyliśmy wodę na parapecie. Pierwsza myśl: któryś kot (lub pies – tak, to może wydać się dziwne, ale mamy psa chodzącego po parapecie i wchodzącego do domu przez okno) się zsikał. Nie, trochę tego za dużo, poza tym płyn nie jest żółty. A może padało i po prostu trochę nakapało przez otwarte okno? Tak, tę tezę potwierdzały spore kałuże, jak po obfitszym deszczu – i to nie tylko od tej strony domu. U nas musiało padać, choć 25 km dalej ani jedna chmurka na opady nie wskazywała. Przecież natura nie takie przypadki zna…

Kątem oka dostrzegłam co prawda szlauch (a po naszemu szlauf) wijący się po ziemi przez środek kałuży, ale większego niepokoju nie wzbudził. Dopiero za chwilę wszystko zaczęło układać się w całość.

Po obejściu domu okazało się, że część elewacji z tyłu domu była bardzo mokra. Bardzo, bardzo mokra. Zdjęcia z dnia odkrycia nie zdążyliśmy zrobić, bo już zmierzchało. Tak zalana ściana ze słomy wyglądała następnego dnia rano:

zalana ściana ze słomy

Skąd ta zalana ściana ze słomy?

Rekonstrukcja wydarzeń nie była zbyt trudna, aczkolwiek parę kwestii zapewne na zawsze pozostanie już niejasnych.

Szlauf (naprawdę ktoś mówi na węża ogrodowego szlauch, z ch na końcu?) leżał sobie na ziemi po pracach przy cokole. Szalone psy sąsiadów zapewne podczas zabawy wraz z naszym psim dzieckiem (ten zwierzęcy miks to już prawdziwe tornado porywające rękawiczki i rozrywające torby z torfem), przewracając się nawzajem i tarzając, najprawdopodobniej przekręciły wajchę przy końcówce węża. A że ujęcie wody przy wejściu do domu nie zostało zakręcone, zaczęło się lać.

Lało się długo. Wąż najdłużej był wycelowany gdzieś na lewo od okna – tam tynk na powrót stał się miękką plastyczną masą. Trochę wody wlało się przez małe dolne okno do środka. Tam duża poduszka blokująca ramę przez zamknięciem bądź szerszym otwarciem w ogromnej większości wchłonęła wilgoć. Przez krótką chwilę strumień wycelowany był też pod parapet. Stąd wzięła się okrągła plama po środku pod parapetem.

Warto w tym miejscu odnotować, że „rama” z gliny wokół okna to nie mokry tynk, a „przepalony”. Te miejsca tynkowane były w innych warunkach, po wstawieniu okna, masą z innej partii i stąd inny kolor. Dlatego tak ważne jest, by ostatnią warstwę tynku kłaść bez przerw, od początku do końca.

Wróćmy jednak już z tego marginesu. Nie wiemy, ile wody się wylało. Po kałużach i stopniu zmoczeniu ściany sądzimy, że wcale nie mało. Na szczęście w pewnym momencie sąsiad budujący się z nami zauważył nadchodzący potop i zareagował. Podążył wzdłuż węża do garażu i po prostu zakręcił wodę.

Organoleptyczne badanie zalanego glinianego tynku i słomianej ściany

Po wykryciu zalania zaczęliśmy ścianę macać. Spora połać była mokra tylko z zewnątrz, lecz wciąż dość twarda. W najwilgotniejszych miejscach zaś, w pobliżu okna glina była cała miękka i plastyczna.

Rozdłubaliśmy w dwóch miejscach tynk, by dostać się do kostki słomy. Sucha! Glina jest pazerna i zagarniała całą wodę dla siebie. Limit wchłaniania przez nią wilgoci nie został osiągnięty i na szczęście na nastąpiło przekazywania wilgoci słomie.

Zmoczone – i to solidnie – zostały oczywiście źdźbła, które na zdjęciu połyskują na złoto. Nie jest to kostka słomy, ta znajduje się jeszcze parę centymetrów głębiej. To sieczka (o niej dokładnie jeszcze za chwilę) dodawana do gliny.

Ogólne wnioski z tej wodno-glinianej hecy

Po pierwsze i, być może, najważniejsze: mamy sąsiada, na którego można liczyć. Podziękowaliśmy mu pięknie, ale wypada to zrobić tu raz jeszcze: DZIĘ-KU-JE-MY!

Po drugie od teraz zawsze, gdy wychodzimy, nawet tylko na kilka godzin, zakręcamy wodę na wejściu do domu.

Po trzecie, trzeba przyśpieszyć wznoszenie ogrodzenia od ulicy. Te psiaki czasem bywają urocze, jednak częściej to żywioł, który połamie wszelką roślinność stojącą mu na drodze. Co gorsze, przegania i tym samym stresuje nam też koty.

Glina i słoma po nieplanowanym ekstremalnym teście

Z tej historii płynie też kilka wniosków natury budowlanej.

Mieliśmy do czynienia z punktowym, trwającym dłuższy czas strumieniem lanym bezpośrednio na tynk. Takiego intensywnego deszczu ściana nie doświadczy nigdy. Pierwsza warstwa zewnętrznego glinianego tynku sprawdziła się – to znaczy spełniła swoją podstawową funkcję, jaką jest ochrona słomy – w bardzo ekstremalnym warunkach. Nawet ulewny deszcz jej niestraszny, nigdy wcześniej, przez półtora roku, żaden opad nie wyrządził tej warstwie tynku większych szkód niż to wydarzenie. Przyczyny tego są dwie.

Zasady mieszanki na pierwszy gliniany tynk

Tynk gliniany musi być solidny, jeśli ma wytrzymać kilkanaście lat. Nie może być jedno- czy dwucentymetrowy. W tym przypadku mieliśmy do czynienia z zaledwie jedną jego warstwą o grubości czterech, pięciu centymetrów. Jest to warstwa tymczasowa (tym bardziej się cieszymy, że dała radę). Na to docelowo pójdzie jeszcze jedna, solidniejsza i potem dopiero wykończeniowa[i].

Dobrze, że nie rozdrabnialiśmy słomy. Gdyby sieczka używana do tej warstwy tynku była krótsza, byłoby o wiele gorzej. Spłynęłaby nie tylko sama glina, lecz wraz z nią także ten drobny materiał organiczny. Nie ma więc co na siłę siekać słomy do tynku i rozdrabniać tego zbrojenia na tym etapie. Do stworzenia tej pierwszej glinianej kładzionej na obrzutkę, co wypadnie z ciuka podczas słomowania lub przeszywania kostki, jest jak najbardziej odpowiednie.

Zalana ściana ze słomy i co dalej?

Potraktowana obficie wodą ściana schnie. Ma się zaskakująco dobrze. Ani przez moment nie była wilgotniejsza niż podczas tynkowania. A i my tym razem mamy mniej roboty z doglądaniem schnięcia: żyto, pszenżyto ani pszenica nie powinny już w glinie kiełkować.

Niedługo zabieramy się za kładzenie drugiej warstwy. Również nie będą to kruche dwa centymetry. Już wiemy, że nie ma co się bać tynku glinianego na zewnątrz. Jeśli wszystkie jego warstwy (nie tylko pierwsza, która stała się bohaterką tego wpisu) zostały dobrze zrobione, będzie trwały.

Chcesz wiedzieć, co będzie dalej ze słomiano-glinianym domem? Polub lub obserwuj Siedem wierzb – dom ze słomy i gliny na Facebooku. Dzięki temu nie przegapisz kolejnych wpisów w Dzienniku budowy, a także klimatycznych ciekawostek, które publikujemy tylko tam.


[i] Niektórzy, zwłaszcza ci, którzy poznali nas tylko przelotnie i słyszeli o drugiej warstwie tynku nawet rok temu i mogą się dziwić, że wciąż jej nie położyliśmy. Cóż, posłużymy się dość oklepanym zdaniem: życie pisze różne scenariusze. A poza tym jesteśmy „leniuchami”. Od jakiegoś czasu – a dokładnie od zamknięcia bryły domu i zabezpieczenia ścian ze słomy – budujemy w duchu slow i w myśl zasady „zero stresu”. Budowanie własnego domu ma być przyjemnością, a nie przyczyną konfliktów. Wtedy jest też czas wszystkie rozwiązania bardzo dobrze przemyśleć.

Oznacz Trwały odnośnik.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *